
Nadzy
Ten film wywołał u mnie fizyczny dyskomfort
Cieszy mnie, że nie ma w konstytucji takiego zapisu, że muszę do tego filmu jeszcze kiedyś wrócić, bo absolutnie nie mam takiego zamiaru. Po napisach końcowych targały mną skrajne emocje. Czułem przytłaczające, egzystencjalne przygnębienie, z którego nie mogłem się otrząsnąć. Dopiero po kilku chwilach zaczęła się we mnie wzbierać radość, bo dotarło do mnie, że już nie jestem częścią tego świata.
Mike Leigh (reżyser) nie ocenia swoich bohaterów, ponieważ głęboko wierzy, że sami zrobią to najlepiej. Świat przedstawiony w “Naked” (1993) pozbawiony jest nadziei na lepsze jutro, gdzie jedyną kojącą myślą zdaje się być to, że “jutro” w ogóle nie nastąpi. Skrajna degrengolada wypełnia każdy kadr, dlatego na próżno nam szukać nawet ziarna optymizmu i szybko do nas dociera, że nie znajdziemy tu Nietzschego dobrego.
Johnny (fenomenalny David Thewlis) jest postacią niemalże absolutną. Możemy mu współczuć, obserwując jego niedolę, możemy go nienawidzić, za jego zachowanie. Potrafi być interesujący i niezwykle charyzmatyczny, potrafi też być frustrujący i uciążliwie infantylny. Jest symbolem wielkiego buntu i ucieleśnieniem wszystkich nihilistycznych dusz razem wziętych, jest też zwykłym, prostym, głupim człowiekiem, który nie ma żadnego znaczenia. Obelgi rzucane w jego stronę zdają się odbijać głucho jak od ściany, choć w pewien dziwny sposób celebrują jego istnienie. Ktoś go zaadresował, liczy się z jego obecnością, a więc nie jest jedynie iluzorycznym cieniem snującym się po ulicach Londynu.
Jest tu kilka drastycznych scen, które mogą Was poruszyć, choć przyznam, że dla mnie bardziej alarmujące było wszystko to, co działo się przed, po i pomiędzy nimi. Udręki naszych bohaterów dostrzegalnie malują się na ich twarzach – wiemy co ich spotkało i z łatwością łączymy fakty. Najbardziej jednak uderzyła mnie zduszona rozpacz postaci, których wcześniejszej historii w filmie nie znamy. Jak kobieta, którą Johnny poznaje w kawiarni. Nie wiemy, co ją spotkało, ani jak się czuje, co ją sprowadza i dokąd zmierza. Widzimy jednak, że jest skonfliktowana, rozkojarzona, zagubiona. Zaczynamy, jak przez osmozę, przesiąkać tym dyskomfortem i empatycznie rezonować z emocjami, których do końca nie rozumiemy. To kłuje bardziej, niż najkrzykliwsza ze scen.
Wszelkie egzystencjalno-religijno-społeczne rozterki z pewnością nie umkną Waszej uwadze, ponieważ w większości nie kryją się pod osłoną symboliki czy metafory, a raczej bezpośrednio dostarczane są w dialogach przez bohaterów. Wybrzmiewa to w dość specyficzny dla filmu sposób, bo mocno te postacie “uziemia” i sprawia, że nie są częścią jakiejś konwencji, tylko realnie w tym bełkocie pływają.
Podobał mi się zwłaszcza motyw tej gloryfikowanej rewolty, gdzie wielce oświecony Johnny opluwa system i żyje na swoich zasadach, gdzie w rzeczywistości to system opluwa jego. Skojarzyło mi się trochę z “Bez dachu i praw” Agnes Vardy, z tym że puenta “Naked” jest bardziej cyniczna. Bo nie jest najgorszym scenariuszem, że system pluje na Johnny’ego, najgorsza jest wizja, że systemu w ogóle nie ma.
Pod względem scenografii, palety, światła, doboru garderoby i ogólnego tonu, film najłatwiej zdefiniować mi jako “brudny”. Jest to seans, po którym dłonie będą Wam śmierdzieć papierosami, skóra będzie swędzieć i poczujecie w żołądku zarówno męczący głód, jak i całkowitą niechęć do jedzenia, a wręcz obrzydzenie. Umyłem się przed tym filmem, ale musiałem jeszcze raz po seansie
