Dziwne dni
Lata 90. nie były gotowe na ten film
Natknąłem się ostatnio na bardzo ciekawy tytuł, o którym zupełnie nie miałem wcześniej pojęcia. Choć kiedyś musiałem mieć, bo zapisałem go sobie w zeszycie żeby obejrzeć, na przyszłość. W końcu odpalam, a tu się okazuje tech-noir w reżyserii Kathryn Bigelow, na podstawie scenariusza Jamesa Camerona z Ralphem Fiennesem w roli głównej. Jakim cudem coś takiego mogło się przede mną uchować przez tyle lat?
Film okazał się gigantyczną porażką finansową, przy budżecie 42 mln $ zarobił jedynie 17 mln $. Teorii, dlaczego tak się stało, możemy wysnuć kilka. Na pewno nie pomógł fakt, że Johnny Mnemonic wyszedł w tym samym roku i gdybyśmy mieli porównać te dwa stricte na bazie zwiastunów, Johnny wygląda na ciekawszą opcję na piątkowy wieczór. Jest też o godzinę krótszy, co również mogło być istotnym czynnikiem w 1995 – ludzie chcieli szybciej być w domu, żeby oglądać Bullsów z Jordanem i słuchać Nirvany.
Mnemonic jest też o wiele bardziej przystępny dla szerokiej publiczności. To w końcu film dla beki, w którym Dolph Lundgren dzwoni do ciebie z biblii, a sci-fi delfin komunikuje się telepatycznie z bohaterami. Strange Days porusza się po mocnych motywach, które z tego co rozumiem odbiły sporą część publiczności i krytyków. Mówiąc mocne motywy mam na myśli gwałt i przemoc na tle rasowym, co w 95 musiało wybrzmieć wybitnie gorzko, biorąc pod uwagę, że w tym samym roku miała miejsce sprawa O.J.a.
Cameron pisał ten film łącznie 7 lat, nigdy jednak nie planował go reżyserować. Rozpoczął pracę nad scenariuszem w 85 z myślą o swojej przyszłej wówczas żonie. Znając Jamesa, możemy śmiało założyć, że po prostu nie widział w tym filmie kasowego potencjału. Nie trzeba być bogiem socjologii, żeby założyć, że seans uwzględniający alarmującą scenę gwałtu nie zarobi miliardów. O Cameronie można powiedzieć sporo, ale gość ma niebywałą smykałkę do tej branży i niepodważalny dotyk Midasa.
W kinie lat 90. gwałt nie był aż takim tematem tabu, żeby z automatu pogrzebać finansowo premierę. Wydaje mi się, że w tym okresie pojawiła się trochę większa świadomość i odchodziło się powoli od tych ejtisowych exploitów na rzecz dramatów społecznych i thrillerów psychologicznych. Już jesteśmy po Thelmie i Louise, gdzie punkt kulminacyjny wybiega z próby gwałtu. Już mieliśmy De Niro w Przylądku strachu, był też Polański ze swoją Śmiercią i dziewczyną, tak więc publiczność powiedzmy, że była “oswojona” z tematem, więc co ich tak mogło zbulwersować w Strange Days?
Gwałt w filmie Bigelow jest podwójnie alarmujący z powodu kontekstu, który będę Wam musiał wyjaśnić wchodząc w lekki spoiler pierwszej godziny. Lenny Nero (Ralph Fiennes) jest byłym gliną, który opycha czyjeś wspomnienia ludziom poszukującym “tanich uciech”. Zakłada się na głowę takie sci-fi urządzenie, które bezpośrednio nagrywa nasze doświadczenie z POV na płytkę CD. Ktoś później może sobie tę płytkę odpalić i zobaczyć, poczuć i przeżyć dokładnie to samo. Koncept prosty, będący zarazem definicją “zostałem napisany w latach 80. i nakręcony w 90.”.
Dochodzimy zatem do naszej niesławnej sceny, którą warto dodać oglądamy jeszcze z perspektywy oprawcy. W czasie aktu przemocy seksualnej, nasz tajemniczy psychopata dodatkowo zakłada urządzenie sci-fi na głowę ofiary, tak aby w procesie tego wszystkiego, kobieta mogła widzieć jego perspektywę. I to moi drodzy jest twist, który dodaje niepokojące warstwy do i tak niepokojącej sceny. Sam film traktuje ten segment bardzo poważnie, oglądamy go przeskakując montażowo po reakcjach Lenny’ego (który ogląda tę scenę z płytki, równolegle z widzami), które dodatkowo potęgują obraz. Cóż, ciężko się dziwić, że mało kto o tym filmie rozmawiał.
Muszę tutaj pochwalić Bigelow za reżyserską wrażliwość, ponieważ podeszła do tej sceny z należytym szacunkiem. Nawet w świecie, gdzie każdy jest skorumpowany i wszyscy odliczają do końca świata – jest to big deal. Lenny z automatu po obejrzeniu materiału zwymiotował i dochodził do siebie przez 10 min w filmie. Jeśli śledzicie tego bloga, prawdopodobnie już wiecie, jak często filmy lubią sobie umniejszać w takich kwestiach i normalizować tego typu alarmujące zagadnienia.
Dla wytrwałej publiczności, która na tym etapie jeszcze nie wyszła z kina w 1995, twórcy mówią “a co powiecie na przemoc na tle rasowym w scenie do złudzenia przypominającej napaść funkcjonariuszy LAPD na Rodney Kinga trzy lata po tych właśnie wydarzeniach?”. Polityczno-społeczne wstawki zostały dopisane do scenariusza przez Camerona na świeżo po zamieszkach, które miały miejsce w 91-92’. Ponieważ czemu nie.
W czasie premiery film zebrał bardzo mieszane opinie. Wiemy już, co mogło wygenerować te negatywne, ale co z resztą? Po latach wytworzył się wokół Strange Days mały kult ze swoją rzeszą fanów i rozumiem to doskonale. Nie jest to film dla każdego, bardzo pomaga upodobanie do takich nieoszlifowanych diamentów. Pod wieloma względami po prostu nie jest dobry, bywa chaotyczny, niespójny i momentami odczuwałem problemy z narracją. Uważam jednak, że jest ciekawy, pod wieloma względami.
Pisałem o procesie powstawania scenariusza nie bez powodu, cała ta historia jest bardzo widoczna w finalnym produkcie. Strange Days wybrzmiewa mocno exploitami z lat 80. połączonymi z wydarzeniami z wczesnych lat 90. oraz gatunkowym tech-noir, który ugruntował się w drugiej połowie tej dekady. Na uwagę na pewno zasługuje oprawa audiowizualna, która może nie jest przełomowa, ale dość skutecznie wprowadza mnie w świat u schyłku milenium, gdzie nadzieja na “dobre jutro” powoli wygasa.
Na każdy bardzo dobry aspekt tego filmu, przypada jeden bardzo zły i to też poniekąd składa się na atrakcyjność tego tytułu. Klasyfikuję go w swojej głowie jako „vibe movie”, tak więc narracyjne potknięcia i nie do końca zgrabne rozwiązania stanowią dla mnie drugi plan. Strange Days jest dziełem, któremu wystarczy dać 15 min żeby zorientować się, czy jest to film dla mnie. I taka też byłaby moja rekomendacja – dajcie mu kwadrans, jest spora szansa, że Wam podejdzie.

