Wielka mała koza
Wielka mała animacja
Jest tu tyle serducha do koszykówki i przede wszystkim do animacji, że naprawdę byłem pod wrażeniem kreatywności niektórych rozwiązań. Space Jam 2 chciałby być tym filmem. Pod wieloma względami mamy do czynienia z “vibe movie”, gdzie fabuła, stawki, cele i historia są krystalicznie czyste i zrozumiałe po pierwszych pięciu minutach. Cała reszta to zabawa kolorem, obrazem i postaciami.
Piszę o tym filmie z perspektywy osoby, która dość namiętnie podchodzi do koszykówki i NBA – podobnie jak GOAT. Cała ta kultura związana z rzucaniem piłki do kosza jest błyskotliwie przełożona na język animacji. Prawie każda kreska, każdy ruch i rzut oddany z ikonicznym ruchem nadgarstka – wybrzmiewają. Czuć, że tworzyli to ludzie, którzy albo mocno się tym jarają, albo naprawdę dobrze zrobili research. W końcu Steph Curry jest producentem, przed Stephem by lipy nie zrobili. Tak więc jeśli kiedykolwiek zdarzyło Ci się dokonać zakupu niedorzecznie drogiego, pstrokatego obuwia z nazwiskiem gracza – ten film jest dla Ciebie. Osobiście umywam ręce, bo swoje Edwardsy jedynki kupiłem w przecenie.
Moim największym problemem ze Space Jam 2 był fakt, że film z koszykówką nie miał w sobie koszykówki. Bo nie wiem jak nazwać tę niedorzeczną sci-fi błazenadę, której zasad do dziś nie potrafię pojąć. Rozumiem, że chcieli uderzyć w młode pokolenie z bardziej digitalowym podejściem, ale dało się to ugryźć zdecydowanie lepiej, co widać w animacji od Sony. GOAT ma w sobie sporo TikTokowej energii i paplaniny o viralach, mimo to jak przychodzi co do czego – jest game.
Oczywiście absurdem byłaby próba realistycznego oddania koszykówki w animacji z gadającymi zwierzątkami – jakieś fantazje muszą być. Choć teraz jak sobie o tym myślę, to całkiem zabawną historią by było, gdyby nasza tytułowa Koza zdobyła mistrzostwo wystawiając się na faule, nabijając wszystkie punkty z linii rzutów personalnych. To nawet miałoby fabularny sens, biorąc pod uwagę, że każde inne zwierze jest 3x większe. Wtedy jednak Steph nie byłby producentem, a Shai Gilgeous-Alexander.
Koszykarski realizm, na tyle na ile można go w tej konwencji osadzić, jest dla mnie jednym z największych atutów tej produkcji. Wchodząc w żargon, zwierzątka robią step backi, posterizery, ankle breakery i wiele innych, pięknych koszykarskich ruchów. W jednej scenie gigantyczny koń pakuje wsada 360, w kolejnej sędzia kogoś wyrzuca z boiska za flagrant foul 2. Obie te rzeczy są w tym świecie możliwe, co czyni go niezwykle urokliwym.
Bardzo podoba mi się koncept, gdzie każda drużyna ma swoje unikalne boisko, ze zmieniającym się środowiskiem. W pewien sposób do złudzenia przypomina to “poziomy” z gier wideo, czyli podobnie jak Space Jam 2 implementowane są tu elementy z sąsiadującego medium. Z tym że tam opierało się to na nieklarownych supermocach i skomplikowanych zasadach, gdzie tutaj sprowadza się to do prostoty na poziomie “teraz gramy na lodzie, uwaga bo lód pęka”, “a teraz gramy na wulkanie, uwaga na ogień”.
Jeśli na tym etapie macie trudności z wyłapaniem moich nawiązań do NBA, prawdopodobnie nie wyłapiecie ich również w filmie. Na szczęście nie są one obligatoryjne do tego, aby móc cieszyć się seansem. Większość z nich jest nienachalna, co mnie bardzo ucieszyło – mam problem z filmami, które za często do mnie mrugają. Wiele z nich jest zresztą bardzo fajna, jak Will (tytułowa koza), który wychodząc na boisko ikonicznie przygryza ochraniacz na zęby. Zaznajomiony widz pomyśli sobie aha, to czyli on jest jak Steph – zmieni grę.
Czasami wręcz unika się tu jednoznacznych nawiązań, co widać najlepiej po postaciach. Ekscentryczna jaszczurka Modo ze swoją stylówą i stylem bycia budzi mocne skojarzenia z Rodmanem, ma jednak rosyjski akcent i nie jeździ do Vegas, więc nie jest do końca nim. Najlepszym przykładem jest Jett Fillmore (czołowy kitek w drużynie protagonisty), która tak naprawdę jest zlepkiem wszystkich “wspaniałych”. Jest silną liderką jak Diana Taurasi, starzejącą się gwiazdą, która wciąż potrafi zaskoczyć jak LeBron i nie potrafi podawać jak Kobe. No i miała tę swoją historyjkę, która nawiązuje do “flu game” Jordana.
Pod względem wizualnym – animacja jest piękna. Świata tętni życiem, choć przez te 90 minut dostajemy jedynie jego namiastkę. Podoba mi się stylizacja tła, która momentami mieni się bardzo akwarelkowo, co widać zwłaszcza w ruchu. Jest też mnóstwo małych, fajnych szczegółów, jak sama piłka, która też jest inna. Pusta w środku z dziurkami, no bo zwierzęta mają pazury. Nie oczekiwałbym takiej dbałości o detale w animacji, gdzie koń robi pakę 360, ale jak już ją mamy, jest ona mile widziana. Zgrabnie udało im się też przełożyć te żywcem ściągnięte z parkietu koszykarskie manewry, zwody i dryblingi, zachowując przy tym zwierzęcą autonomię w typowych dla danego zwierza ruchach, czy zachowaniach. To po prostu działa.
Jedynym, małym mankamentem w tym filmie jest Mercedes – chyba najbardziej intruzywny product placement, jaki widziałem od lat. Animacja miała mi sprzedawać najnowsze buty Under Armour Stepha, a nie Merola. I tak mnie nie stać na oba.

